czwartek, 5 czerwca 2014

motocyklem po Wyspie #20

Jeden wpis na zaprzyjaźnionym blogu mototrud spowodował, że jak nigdy dotąd w historii "wyspy w odcinkach", udałem się motocyklem na północny wschód od Wrocławia. Kierunek ten nie jest mi jakoś szczególnie bliski - od gór się tylko oddalam ...
Ale przecież Wyspa to nie tylko góry - ba, nawet jej większa część to niziny. Prędzej czy później ten rejon musiał się u mnie pojawić, choćby z obowiązku równego traktowania północy i południa :-)

W stajni zaparkował w końcu odpowiedni sprzęt (wspomniałem o tym), a ja zostałem wysłany na wcześniejszy urlop. Za oknem przestało padać, temperatura zrobiła się już letnia - nie pozostało nic więcej jak tylko określić sobie cel i w drogę.
Cel wyznaczył mi wspomniany już Mototrud jeszcze w marcu. Był nim stary ewangelicki cmentarz w maleńkiej wiosce w okolicach Ostrowa Wlkp. - to już poza moją Wyspą, ale jeszcze w strefie przygranicznej, a pogranicza mają to do siebie, że są chyba ciekawsze od "centrali".

Obszary nadgraniczne zawsze postrzegałem przez pryzmat jakiejś tajemnicy, czegoś nieoczywistego. Styk dwóch kultur czy dwóch narodów, miejsca tarć - odległe od centrum a jednocześnie pod szczególnym nadzorem władz, niedostępne, chronione a równolegle będące punktem wymiany, przepływu, skąd bliżej jest do tego "obcego" po drugiej stronie niż do "swoich". To w końcu miejsca dla ciekawych tego co jest po drugiej stronie, za zakrętem, za lasem ...

Co ciekawego można znaleźć na niewielkim zapomnianym cmentarzu? Ślady wielkiej historii. Ale o tym na samym końcu.
W okolice Ostrowa dotrzeć można z Wrocławia wygodną, superszybką ekspresówką po części będącą trzypasmową autostradą. Nie lubimy takich dróg, a poza tym pierwsza wyprawa na północ nie może oprzeć się tylko na szybkim dotarciu do jednego miejsca.
Kluczyłem więc między wioskami, a po drodze są i Wzgórza Trzebnickie i Stawy Milickie i w końcu Park Krajobrazowy Doliny Baryczy. Wszystkie te atrakcje zasługują na oddzielną wycieczkę i oddzielny wpis. Są to obszary tak duże, że jednego dnia się ich nie ogarnie, ale są tak interesujące, że na pewno trzeba tam wrócić - bo jeszcze o tym nie wspomniałem, ale nizinna północ okazuje się równie ciekawa co górskie południe.

teraz widzę, że jakoś dziwnie jechałem ;-)
tuż za Wrocławiem

dawny folwark w Głuchowie Górnym
fragment śmigła z rozbitego samolotu; data zdarzenia mówi sama za siebie

kurnik, gołębnik ?

Boleścin
Krakowiany(?)
Węgrów
Rzędziszowice
Złotów
Złotów



Żeleźniki 

Na zdjęciach widać zaledwie zarys tego co można zobaczyć poruszając się drogami trzeciej kategorii, północnej części Wyspy.

Po blisko 100 kilometrach od startu dojeżdżam do docelowego poewangelickiego cmentarza - swoją drogą jednego z wielu w tej okolicy.
Jak już wspomniałem, na blogu Mototrud w marcu pojawia się seria fotografii dokumentujących ów docelowy cmentarz. Na jednej z nich zauważam coś co na pierwszy rzut oka wydaję mi się niezwykłe i zmusza mnie bym tu przyjechał osobiście. Oto na jednym z niemieckich nagrobków z okresu międzywojennego widnieje sygnatura kamieniarza ... z Polski. Wpadam w popłoch - bo przecież jak to? W okresie szalejących nacjonalizmów (rok 1938) na (w moim mniemaniu) niemieckim cmentarzu pojawia się słowiańska sztuka funeralna? Coś mi tu nie grało.

I tak zaczyna się się mała lekcja historii tego regionu - a pamiętajmy, to było pogranicze gdzie nic nie jest do końca takie oczywiste.
Cmentarz leży w pobliżu malutkiej wsi Kocina, a cały region to dawny powiat sycowski (Landkreis Groß Wartenberg) utworzony w XVIII wieku po zdobyciu Śląska przez Wielkiego Fryderyka (po I wojnie śląskiej).
Syców (i okolice, nawet Bralin, który teraz administracyjnie leży w Wielkopolsce) od średniowiecza czyli od momentu powstania należał do Śląska. Śląsk (skupmy się na XIX wieku) był prowincją pruską gdzie wspólnie mieszkały różne nacje, ale dominującym językiem (urzędy, szkoły) był język niemiecki. Ale znowu - pogranicze: tu na przełomie XIX i XX wieku 50% ludności posługuje się językiem polskim. Po poznaniu tych faktów polski akcent na niemieckim nagrobku dziwi coraz mniej. A teraz chyba najważniejsze - po traktacie wersalskim (1920) część powiatu sycowskiego (wraz z "naszym" cmentarzem) przechodzi pod administrację odrodzonej po zaborach Polski.
No, to sprawa polskiej sygnatury z 1938 roku wydaje się już rozwiązana.

Ciekawostką samą w sobie są cmentarze ewangelików. Nagrobki z napisami w języku niemieckim, ale nazwiska zmarłych często brzmią dość swojsko (Wrubel, Marek, Gondek, Kitzka, Biel). Pogranicze - powtórzę. Zdarzają się również sytuacje odwrotne (na przykład: Tu spoczywają w Bogu Christiane i Friedrich Bunk - zdjęcie).

Muszę jeszcze wrócić do polskiego kamieniarza. Z sygnatury wynika, iż był to Edmund Ast, artysta rzeźbiarz z Ostrowa. Jego sygnatura to nie zwykłe wykute w kamieniu litery, ale graficzny znak w formie trójkąta - rzecz raczej niespotykana.
Podążyłem więc jego śladem i okazało się, że pan Ast i jego rodzina byli znakomitymi wykształconymi rzeźbiarzami, właścicielami zakładu zatrudniającego 10-15 pracowników. Po wojnie wyemigrowali do Ameryki. Jego prace i historie można poznać tu i tu.

Wspaniałe, jak niewielkie i zapomniane miejsce łączy w sobie wichry wielkiej historii.












poniedziałek, 2 czerwca 2014

motocyklem po Wyspie #19


Góry i Pogórze Kaczawskie przyciągają swoją urodą. Spokojnie można tam zaplanować dwutygodniowy urlop i się nie nudzić.

Niestety nie dojechałem tam gdzie chciałem - zaplanowaną trasę przecinał jakiś rajd dwuśladowców. Koniecznie trzeba się tam wybrać czymś mniejszym i na spokojnie chłonąć landszafty, miejscową architekturę, zamki, muzea ...



z trasy



Świerzawa